wtorek, 9 czerwca 2015

FILM CZY KSIĄŻKA?

Wiele jest książek, na podstawie których nakręcono potem filmy. Wiele z nich okazuje się być w ocenie większości lepszymi od swoich ekranizacji. Czy z "Gwiazd naszych wina" tak się stało? Nie dla mnie. Nie tym razem.

Po moim lipcowym odcinku inspiracji i gadżetów dostałam mnóstwo komentarzy, że powinnam się wstrzymać z wyrażaniem opinii skoro nie przeczytałam książki od deski do deski. Nie sposób nie przyznać Wam racji, przynajmniej do pewnego stopnia. Dlatego postanowiłam nawiązać jeszcze raz do tego tematu, kiedy już zapoznam się z całą historią Hazel i Gusa.

Wspominałam o tym, że oprócz książki chcę też zapoznać się z jej ekranizacją. Z jednej strony miałam opinie, że książka jest milion razy lepsza. Z drugiej strony słyszałam, że film to wyciskacz łez i nawet najwięksi twardziele wymiękają.
Książkę skończyłam czytać w sobotę rano. Utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to urocza wzruszająca i nie najłatwiejsza historia, ale wciąż brakuje w niej czegoś, co chwyciłoby mnie za serce i wytarmosiło wnętrzności.

Wzięłam się za film. Początek był umiarkowany. Znałam historię, więc bardziej z ciekawością wyszukiwałam różnic miedzy książka i scenariuszem niż skupiałam się na historii. Nawet moment pocałunku, który wielu uważa za kulminacyjny nie poruszył mnie tak bardzo. Dopiero końcówka filmu to było to. Tak iskra, na która czekałam i o której tyle osób mówiła. Iskra do tego, żebym zaryczała się jak bóbr. To, jak przedstawiona jest walka Gusa z samym sobą, a potem pogodzenie się z tym, co go czeka. Cierpienie Hazel i jej katharsis na końcu. Po raz pierwszy w  życiu film wywarł na mnie dużo większe wrażenie niż książka i w sumie nawet sama jestem tym zdziwiona, bo podejrzewam, że będę w mniejszości. Nie żałuje jednak, że zaczęłam od książki. Może bez niej, film aż tak by mnie nie poruszył? Co myślicie?:)



xoxo, Anastazja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz